Teatr w kinie – samo zło?

Zapewne większość z Was myśląc o oglądaniu spektaklu na wielkim ekranie, pomyśli, że taka forma nie ma (albo nie powinna mieć) racji bytu. No bo jak to tak? Bez obcowania blisko z aktorem, bez możliwości skoncentrowania wzroku w miejscu, w którym chcę?

Jeszcze do niedawna sama byłam sceptyczką w kwestii obcowania z teatrem w taki sposób. Wszystko się zmieniło po obejrzeniu dwóch pierwszych spektakli, które miałam okazję zobaczyć dzięki National Live Theatre (re)transmitowanymi przez różne polskie kina.

Mam w sobie wielką miłość, której nie potrafisz sobie wyobrazić. Oraz wielki gniew, który zadziwiłby Cię ogromnie. Jeśli nie zaspokoję jednego… pogrążę się w drugim.

Zacznę od sztuki, którą widziałam jako drugą z tego względu, że po pierwsze zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, jak również dlatego, że obejrzałam ją ledwie wczoraj i chciałabym wykorzystać fakt, że mam ją jeszcze „świeżo” w pamięci / głowie. Frankenstein (ang. Frankenstein albo The Modern Prometheus – Frankenstein), bo tej sztuce mowa, jest doskonale zrealizowaną adaptacją powieści napisanej przez młodziutką Mary Shelley z początku XIX wieku. Sam utwór jest uniwersalną i poruszającą historią, która dotyka wielu tematów ważnych dla ludzkości tak kiedyś, jak i dziś.

Z racji, że głównym celem tego wpisu jest zastanowienie się, czy warto oglądać teatr w kinie, nie będę w tej chwili koncentrować się na złożonej opowieści stworzonej przez autorkę (ale na pewno do tego wrócę w innym wpisie :)). To, co na pewno wymaga podkreślenia w przypadku tego widowiska i co jest sporym atutem, to fakt, że oddaje on wiernie historię znaną z książki, nie jest zaś tylko luźnym do niej nawiązaniem.

Przedstawienie zostało wyreżyserowane przez zdobywcę Oscara Danny’ego Boyle’a (Trainspotting, Slumdog, Steve Jobs), w którym naprzemiennie w rolę Potwora / Victora Frankensteina wcielają się Benedict Cumberbatch  i Jonny Lee Miller. Nie udało mi się zobaczyć wersji z Cumberbatchem w roli Potwora, jedynie Jonny’ego Lee Millera, ale muszę przyznać, że po tym, co zobaczyłam na ekranie (i jednocześnie na deskach brytyjskiej sceny) ciężko mi przychodzi wyobrażenie sobie, że ktoś mógłby tę rolę zagrać lepiej.

fr01

Miller, którego do tej pory nie miałam okazji widzieć w teatralnej aranżacji, był absolutnie fenomenalny. Byłam pod wrażeniem umiejętnego i elastycznego wykorzystania swojego ciała oraz mimiki. Czułam spektrum emocji granej przez niego postaci: ból, gniew, radość, ekscytację, smutek, zagubienie… Cokolwiek przekazywał swoją osobą, momentalnie trafiało to do widza. I co ciekawe – nawet widza siedzącego wygodnie w sali kinowej.

 

Co ważne w kontekście gry aktorskiej. W zasadzie w tej sztuce nie ma słabo zagranych ról. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się Potwór w wykonaniu Jonny’ego oraz Victor Frankenstein grany przez Benedicta, ale i reszta postaci jest zagrana naturalnie, wyraziście i z zaangażowaniem.

fr03

To, co dodatkowo przemawia na korzyść tego spektaklu, to zdecydowanie scenografia. Niezależnie od tego, czy wraz z bohaterami znajdujemy się w pracowni naukowca, czy też na wsi, całość wygląda przekonująco i najzwyczajniej w świecie… ładnie. Do tego wtrącany co jakiś czas humor, dopasowana muzyka oraz gra światłem i mamy przedstawienie, które chwyta za serce.

fr02

Jeśli tylko nadarzy mi się okazja, by zobaczyć tę sztukę jeszcze raz, to na pewno to zrobię.

Być albo nie być – oto jest pytanie

Za pierwszym razem, gdy wybrałam się do kina na spektakl teatralny, był 2015 rok i padło wtedy na Hamleta. Wyreżyserowana przez Lyndseya Turnera sztuka jest udana, chociaż zachwyt nad nią wydaje mi się przesadzony.

To, co zwróciło moją uwagę wtedy i myślę, że jest jednym z największych atutów tego przedstawienia, to scenografia. W jednym miejscu możemy podziwiać gigantyczne mury zamku, wypełniające scenę pustką, mrokiem i chłodem naprzemiennie z ciepłym światłem, dającym poczucie swego rodzaju intymności między bohaterami. Połączone jest to z zaskakującymi efektami specjalnymi, które budzą nastrój i napięcie, zwłaszcza koniec aktu I i sceny pojedynku w akcie II. Efektownie przedstawiono również wyjście Ofelii – pamiętam, że miałam ciarki na plecach, kiedy na to patrzyłam.

h01
Plusem Hamleta jest również muzyka, która doskonale komponuje się z tym, co dzieje się na scenie i tworzy posępny klimat.

Najmocniejszym i najjaśniejszym punktem całego spektaklu jest Benedict Cumberbatch, który w roli tytułowego Hamleta wypada po prostu… autentycznie. Jest jedyną osobą, która wygłaszając swoje kwestie „czuje je”, a nie tylko deklamuje. Dzięki energii, która jest widoczna w każdej granej przez niego scenie, jest 100% przekonujący w swojej roli. Jestem pod wrażeniem jego żonglerki sposobem mówienia i emocjami, jakie odgrywał.

h02

Niestety reszta obsady wypada przy nim blado, a niektórzy wręcz bardzo słabo. Na ewentualne oklaski zasługują odtwórcy ról Klaudiusza i Ofelii (dopiero od II aktu, bo w pierwszym jest ogromnie miałka i sztuczna) oraz kapitalny Grabaż, który ma swoje krótkie, ale w pełni skupiające uwagę, 5 minut 🙂 .

Reszta jest milczeniem

Czy trzeba zobaczyć? Nie, ale warto mieć porównanie zarówno z oryginałem dramatu, jak i z jego różnymi filmowymi ekranizacjami (za najlepsze uznawane są w tej chwili: Hamlet Zeffirelliego albo Branagha). Najbliższe seanse już grudniu w sieci Multikino Polska.

KINO W TEATRZE – TAK CZY NIE?

Plusy:

-bardzo dobry montaż, dzięki któremu widz może zobaczyć wiele postaci czy elementów scenografii z bliska i być bliżej sztuki

-możliwość obejrzenia sztuki z Wielkiej Brytanii, której normalnie odbiorca nie miałby możliwości zobaczyć (a przynajmniej byłoby to utrudnione)

-tanie bilety

-dodatkowa forma nauki języka

Minusy:

-montaż spektaklu przedstawiony na ekranie decyduje o tym, gdzie widz ma patrzeć

-brak rzeczywistego kontaktu z aktorami

-w trakcie seansu widzowie mają możliwość wnieść ze sobą na salę jedzenie i picie, co może przeszkadzać innym

-język obcy może być pewnym ograniczeniem, dla osób, które w pełni odbierają aktora tylko w rodzimym języku

Osobiście myślę, że wielki ekran nie zastąpi sztuki na żywo, jednakże sama na pewno nie raz jeszcze się wybiorę na tego typu spektakl. I brawa za tego typu współpracę dla różnych kin, w tym sieci Multikino, u których z tej możliwości skorzystałam.


Wszystkie zdjęcia zostały pobrane z oficjalnej strony NLT, a filmy z kanału youtube NLT.

Reklamy

3 thoughts on “Teatr w kinie – samo zło?

  1. Póki mnie nie stać, żeby do brytyjskich teatrów jeździć i na żywo oglądać te wszystkie przedstawienia to się zachwycam teatrem w multikinie. 😀 Widziałam Hamleta i zachwyciła mnie w nim właśnie muzyka, scenografia i sam Hamlet. Frankensteina nie widziałam, za to trafiłam na Zimową Opowieść.
    Swoją drogą, nie wiem, czy u ciebie tak było, ale jak byłam na tych sztukach w kinie to nikt nie szeleścił jedzeniem, nie gadał za głośno i ogóle się ludzie zachowywali jak w teatrze prawdziwym.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Hehe, mnie na razie też nie stać na takie teatralne wycieczki do Wielkiej Brytanii (bardzo bym chciała w przyszłości jeden taki spektakl zobaczyć na żywo), dlatego bardzo doceniam, że kina dają taką możliwość 🙂 A jak „Zimowa Opowieść”? Jeśli polecasz, to chętnie się wybiorę, gdy następnym razem będzie retransmitowana.
      U mnie też było cicho, ale kilka osób miało popcorn – chyba jednak bali się chrupać 😉

      Polubione przez 1 osoba

      1. Nigdy nie widziałam „Zimowej Opowieści”, więc nie bardzo mam ten spektakl z czym porównywać, ale podobała mi się. Idealna na święta by była, szkoda, że chyba nie ma retransmisji w grudniu.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s